Czy kamper jest fajny w podróży?

Na początku było Cinquecento – słowo wstępu

Od dobrych kilkunastu lat każdy mój urlop to jakaś podróż. Najpierw tylko z żoną, później z dzieckiem (od pierwszych miesięcy jego życia), a aktualnie z dwójką dzieci spędzamy wakacje w sposób bardzo aktywny.

Przeważnie wygląda to dość podobnie – kilka dni przed wyjazdem, dzień przed, a bywało i w dniu wyjazdu, podejmujemy decyzję o kierunku, w którym się udamy. Rezerwujemy na Bookingu pierwszy nocleg w miejscu do którego planujemy dotrzeć, a reszta planowania odbywa się już w drodze. W zależności od ilości atrakcji do zaliczenia spędzamy w jednym miejscu od jednego do dwóch dni, po czym ruszamy dalej.

W ten sposób zwiedziliśmy już spory kawałek Europy:

Dotychczas naszymi jedynymi środkami podróży były samochody osobowe. Pierwszy wyjazd do Holandii, za czasów studenckich, to Fiat Cinquecento 700 moich rodziców. Dostarczył nam wrażeń niezapomnianych do dziś (m.in. guma złapana na autostradzie w Niemczech, szczęśliwym trafem kilkaset metrów przed zjazdem na stację). Pan w warsztacie wulkanizacyjnym w Tilburgu nie dowierzał że „tym” dojechaliśmy z Polski do Holandii. Później była Skoda Felicja teściów, a następnie już własne auta – Skoda Fabia, Kia Ceed oraz Kia Sportage.

Było też sporo aut z wypożyczalni, zwłaszcza na wyspach, na które dostawaliśmy się samolotem: Cypr, Kreta, Irlandia, Islandia, Madera. One również dostarczały nam sporo wrażeń. Awaria peugeota 208 unieruchomiła nas na środku górskiej serpentyny na Maderze, a Suzuki Grand Vitara postanowiła odmówić współpracy na jednej z plaż Krety w trakcie przypływu.

Z biegiem czasu jednak zaczęliśmy wybierać coraz dalsze kierunki. Dzięki zmianom, które zaszły w moim życiu, i które przyczyniły się do powstania tego bloga mogliśmy sobie pozwolić na kilkutygodniowe, a nawet miesięczne wyjazdy. I tak w sierpniu 2018r. wybraliśmy się na długi wypad do Norwegii, ale już po 2 tyg. zmuszeni byliśmy wracać. Okazało się bowiem, że ceny noclegów, są tam 3-4 razy droższe niż w reszcie Europy, a o jedzeniu z rodziną na mieście nie ma mowy gdy hot-dog i kawa kosztują po kilkadziesiąt zł. Musieliśmy zmienić nasze plany i do Norwegii zrobić drugie podejście.

Rok później przygotowaliśmy się już dużo lepiej. Zabraliśmy ze sobą 3 różne namioty, zapasy jedzenia i doszukaliśmy się też nieco tańszych opcji noclegowych w tzw. 'cabine’ (drewnianych domkach, w których jedyne wyposażenie to 2 piętrowe łóżka, kawałek stołu i czasem jakaś kuchenka lub czajnik). Udało nam się 3-krotnie przekroczyć koło podbiegunowe przejeżdżając całą Szwecję, kawałek Finlandii i Sporą część Norwegii – aż na Lofoty.

Było OK, jednak za każdym razem gdy musieliśmy rozbijać i składać namiot lub szukać dla niego dogodnego podłoża z zazdrością spoglądaliśmy na sąsiadów w kamperach lub vanach. I wtedy też zaczął kiełkować pomysł o zmianie środka transportu.

Nie miałem jednak przekonania co do tego czy kamper jest dobrym pomysłem. Wielokrotnie bowiem zwiedzaliśmy miejsca, w które kamperem na pewno byśmy się nie zapuścili. Były też takie, w które nasza Kia Sportage z napędem na 2 koła, pomimo większego prześwitu, nie dawała rady wjechać. I tak zaczęły się dylematy. Kamper? Van? A może duża terenówka z namiotem dachowym? Każda z tych opcji ma swoje wady i zalety. W 2020 r. pandemia powstrzymała nas od długich podróży i zaliczyliśmy jedynie krajową podróż po parkach narodowych połączoną ze spływem Biebrzą na tratwie mieszkalnej. Przyszedł jednak rok 2021, pojawiły się nadzieje na powrót do normalności, a wraz z nimi wrócił temat wyboru i zmiany środka transportu.

I tak wpadłem na pomysł, że zamiast się zastanawiać, najlepiej będzie wypróbować każdą rozważaną opcję wypożyczając poszczególne pojazdy na kilka dni.

Zaczynamy od kampera

Jesteśmy właśnie świeżo po pierwszym 4-dniowym wypadzie kamperem. W dużej mierze sprawdziły się moje przypuszczenia co do tego, z jakimi ograniczeniami wiąże się kamper. Ale pierwsza niespodzianka spotkała nas już krótko po wyjeździe z Poznania. Google Maps pokierowało nas na Pojezierze Drawskie przez Oborniki Wielkopolskie, w których jedna z przepraw przez Wartę odbywa się po widocznym poniżej moście:

Most przez Wartę w Obornikach Wielkopolskich
Most przez Wartę w Obornikach Wielkopolskich

Stojąc dokłanie w miejscu widocznym na zdjęciu zastanawiałem się przez chwilę czy jest szansa żeby kierowcy jadący z przeciwka poczekali przed wjazdem na most i dali mi przejechać. W tym momencie idący chodnikiem przechodzień zapukał do drzwi kampera i uświadomił mi, że przecież tam jest ograniczenie do 2 ton. Jak mogłem tego nie zauważyć? Otóż dosłownie kilka dni przed tym jak wynajmowaliśmy kampera, w Poznaniu zdarzył dość głośny wypadek. Kierowca kampera zapomniał o jego wysokości i nie zmieścił się w przejeździe pod ul. Niestachowską:

Kamper nie zmieścił się w przejeździe pod ul. Niestachowską w Poznaniu.
fot. przesłana przez czytelnika portalu epoznan.pl

Zdarzenie to utkwiło w pamięci nie tylko nam, ale również właścicielowi naszego kampera. Przy wynajmie kilkakrotnie powtarzał nam jaka jest maksymalna wysokość samochodu. Zafiksowaliśmy się więc na znakach z ograniczeniem wysokości. Zupełnie tymczasem zapomnieliśmy, że kamper waży grubo ponad 3 tony i jest to również poważne ograniczenie. Na nasze szczęście przypomniał nam o tym przechodzień przed mostem w Obornikach. Prawdopodobnie był to jakiś zawodowy kierowca, bo wątpię aby ktoś inny zwrócił uwagę na taki „szczegół” jak waga samochodu i dopuszczalny na moście tonaż. W ostatniej chwili wycofaliśmy się więc z przejazdu przez most odbijając w boczny zjazd nad Wartę. Tam musieliśmy się nieco nagimnastykować aby zawrócić, ale na szczęście poszło w miarę gładko. Boję się natomiast myśleć co by było gdyby tuż przed mostem nie było zjazdu i musiałbym wycofywać się na zatłoczonej ulicy do najbliższego skrzyżowania.

Ta krótka przygoda utwierdziła mnie w przekonaniu, że kamper poza wygodą to również dosyć poważne ograniczenie w swobodzie poruszania się. Już wcześniej mialem w pamięci różne zakątki Europy, w których poruszaliśmy się po wąskich górskich drogach lub miniaturowych uliczkach w średniowiecznych miastach (takich, jak np. hiszpańskie Toledo). Tam o wjeździe kamperem nie ma mowy.

Pogodoodporność

Przejdźmy jednak do plusów podróżowania kamperem, ponieważ te również doceniliśmy dosyć szybko. Tego samego dnia, w którym zaliczyliśmy przygodę z mostem dotarliśmy na pole campingowe. Był już późny wieczór, i nastąpiło załamanie pogody. W ciemnościach i ulewnym deszczu zaparkowaliśmy na brzegu jeziora i w pełnym komforcie rozpoczęliśmy przygotowywanie kolacji. Co by było gdybyśmy podróżowali osobówką? Czekałoby nas nerwowe rozbijanie namiotu i totalne przemoczenie, ewentualnie spanie w samochodzie, co z dziećmi raczej nie wchodzi w rachubę.

Tymczasem w kamperze niesprzyjająca pogoda nie zrobiła na nas większego wrażenia. W spokoju udaliśmy się spać, a rano przywitały nas już dużo bardziej przyjazne warunki.

Poranek w kamperze nad brzegiem jeziora
Poranek w kamperze nad brzegiem jeziora

Przestrzeń ładunkowa

Do niekwestionowanych zalet kampera należy też dostępna w nim ilość przestrzeni ładunkowej. Pierwszy raz w historii nie musieliśmy się totalnie przejmować bagażami i tym czy coś nam się zmieści lub czy na pewno jest na tyle niezbędne by to ze sobą zabierać. Zakupy z jedzeniem wprost z marketu wnosiliśmy do kampera i pakowaliśmy do lodówki. Odzież wiechnią umisćiliśmy w szafie a walizki i plecaki każdy na swoim łóżku. Do tego w szafkach mieliśmy całą masę wyposażenia kuchennego plus grill elektryczny. Znalazło się też miejsce na laptopy, gry i zabawki dla dzieci. W tzw. garażu (przestrzeni ładunkowej dostępnej z zewnątrz, zlokalizowanej w tylnej części kampera) znajdowały się natomiast stół i krzesła kampingowe, wąż do wody oraz przewód do zasilania, najazdy, szczotki, skrzynka ze sprzętem kampingowym i cała masa mniej lub bardziej przydatnego wyposażenia. I w zasadzie jedyny problem jaki wiąże się z taką ilością przestrzeni ładunkowej, to utrzymanie tego wszystkiego we względnym porządku.

Podróżowanie kamperem

Podróż kamperem, jeśli pominąć ograniczenia związane z gabarytami, daje niesamowitą swobodę. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy spędzili w jednym miejscu więcej niż dwa dni. Dlatego też już trzeciego dnia postanowiliśmy wyruszyć na kolejny camping, tym razem zlokalizowany nad morzem. I tak już po paru godzinach drogi dotarliśmy na mocno naszym zdaniem przereklamowany camping Inter Nos w Międzyzdrojach. Obiekt ten bardziej naszym zdaniem przypomina plac budowy albo parking osiedlowy niż pole campingowe, a jedynym jego atutem jest możliwość zaparkowania kampera tuż przy linii brzegowej. Na taką atrakcję mogą jednak liczyć tylko Ci, którzy odpowiednio wcześniej zarezerwują sobie miejsce lub tak jak my odczekają swoje do momentu zwolnienia się jednej z parcel. Niedogodności te na szczęście wynagrodził nam poniższy widok z kabiny:

Widok z miejsca tuż przy linii brzegowej
Widok z miejsca tuż przy linii brzegowej

Co prawda był to ostatni dzień naszego testowego wypadu kamperem, ale gdyby tak nie było na pewno skorzystalibyśmy ponownie ze swobody przemieszczania się i uciekli w bardziej zaciszne miejsce.

Na plus czy na minus?

Jakie zatem są nasze wrażenia z podrózowania kamperem? W większości sprawdziło się to, co już wiedzieliśmy. Kamper to bez wątpienia wygoda i swoboda, ale jednak znaczne ograniczenia dla kogoś, kto lubi eksplorować bardziej dzikie i mniej uczęszczane przez turystów miejsca. Na pewno warto chociaż raz spróbować tego typu podróży dla własnej i dzieciaków frajdy. Jest to bez wątpienia przygota, którą warto przeżyć. Natomiast my już wiemy, że posiadanie własnego kampera nie będzie naszym celem.

W trakcie tego krótkiego wypadu uzmysłowiliśmy sobie jeszcze jedną niedogodność wynikającą z podróżowania kamperem. Otóż któregoś wieczora postanowiliśmy podjechać do sklepu po kiełbaski na ognisko i zdaliśmy sobie sprawę, że wymagałoby to całej masy czynności typu zwinięcie markizy, odłączenie się od zasilania, zjechanie z najazdów poziomujących auto, schowanie sprzętu kempingowego i ponowne rozłożenie wszystkiego po powrocie. W efekcie stwierdziliśmy, że darujemy sobie kiełbaski. W przeciwieństwie do osobówki, kamper nie daje nam tak swobodnej możliwości eksplorowania okolicy po tym, gdy już się rozbijemy. Nie skoczymy nim też szybko po zakupy. W sezonie wakacyjnym pola campingowe są gęsto obsadzone i manewrowanie po nich nie jest proste. Doświadczeni karawaningowcy posługują się tutaj skuterami lub rowerami elektrycznymi.

Warto jeszcze podkreślić, że koszty tego typu podróży nie należą wcale do najniższych. Doba na polu campingowym z prądem i innymi opłatami potrafi przy 4 osobach kosztować blisko 150-200 zł. Mniej więcej tyle samo w dużej części Europy zapłacimy za nocleg w hotelu średniej klasy lub prywatnym apartamencie. A jeśli nie mamy swojego kampera to kolejne 500-600 zł za dobę zapłacimy za jego wynajem. Do tego w sezonie pola campingowe są przeładowane i nie stanowią raczej zacisznego zakątka do wypoczynku. Biorąc pod uwagę to wszystko cieszymy się, że spróbowaliśmy, bo wiemy już, że nie jest to nasza wymarzona forma podróżowania.